Nie każdy konsultant jest inżynierem i nie każdy inżynier jest konsultantem. Więc jak powinno być? Można by się zgodzić z tym, że konsultant nie musi być inżynierem, ale w pewnych branżach przydałoby się jednak nim być. Przynajmniej umieć opisać proces. Przedstawić go graficznie oraz wyjaśnić w oparciu o liczby. Ale zacznijmy od postawionego na wstępie pytania.
01 CO ODRÓŻNIA KONSULTANTA OD INŻYNIERA?
Inżynier wydaje się być bardziej skupiony na swoim procesie, zna każdy kąt, wie, co i dlaczego dzieje się na obszarze produkcji. Ale czy inżynier mógłby być zewnętrznym konsultantem? Stawiam tezę, że na pewno tak. Na wszystko natomiast przychodzi czas, ale nie tylko czas ma znaczenie. W takim razie co ma znaczenie? Myślę tutaj o zwyczajnej ciekawości, chęci zrozumienia całości, zobaczenia szerszej perspektywy. Konsultant często idzie szerzej w swoich działaniach. Patrzy na proces holistycznie. Inżynier częściej zagłębia się w wąski wątek. To nie musi być regułą, ale na pewno to jedna z różnic, jakie dostrzegam. Fakt często jest taki, że inżynier konsultantem nie jest i nie będzie, dopóki siedzi na etacie, z przypisaną wąską rolą inżyniera od tego czy tamtego, bo to zwyczajnie byłoby trudne do wykonania.
Ale co łączy te dwie role? Bo z pewnością łączy je wiele. No, może nie tak wiele, ale na pewno łączy. Jedną z takich wspólnych cech może być oparcie swoich analiz na danych, na liczbach, na faktach. Czyli mamy fakty — wspólny grunt, gdzie obie profesje poruszają się w swoich codziennych działaniach. Zanim jednak ustalimy fakty i oprzemy swoje ustalenia na danych i obserwacjach, musimy mieć motywację, po co to robimy. I tu chyba mamy jedną z różnic, która tak naprawdę różnicą być nie powinna. Problem to punkt wyjścia dla obu tych profesji. Czy obie role rozwiązują problem? Z założenia powinny, do tego są powołane. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że konsultant działa szerzej, bardziej procesowo, kiedy inżynier kieruje swoje działania w zagadnienia technologiczne, pomiarowe czy projektowe.
02 KORPO ODBIERA INŻYNIEROWI NAJWAŻNIEJSZE NARZĘDZIE
Tutaj znowu mam swoje przemyślenia, jak nieefektywnie rola inżyniera jest wykorzystywana w korpo świecie. Często osoby pełniące role inżyniera w firmach nie zaczynają od opisania i ustalenia, co stanowi problem, a raczej są kierowani do zadań, ogołoceni na wstępie z najważniejszego narzędzia, jakiego powinni używać, czyli samodzielności w działaniu i podejmowaniu decyzji. Dzisiejsze organizacje za mocno oddały to pole przeróżnym funkcjom kierowniczym i menedżerskim, ale to temat na inne dywagacje. Samodzielność w działaniu i umiejętność przedstawienia, co jest istotą problemu oraz jak tym problemem się zająć, to jedna z cech, która niestety odróżnia dzisiejsze role konsultanta i inżyniera, a nie powinna.
03 GRUPOWA CZY INDYWIDUALNA?
Która z ról jest bardziej grupowa, a która indywidualna? Obie wymagają współpracy z ludźmi, konsultant chyba nawet bardziej. Myślę, że inżynier będzie bardziej siedział w danych i analizach. To też do końca tak nie jest. Obie funkcje, jeżeli są reprezentowane na wysokim poziomie jakości pracy, z pewnością spełnią ten warunek. Niemniej jednak konsultant to bardziej warsztat z zespołami, kiedy inżynier to praca indywidualna.
04 WRÓĆMY DO WSPOMNIANYCH NA WSTĘPIE KRYTERIÓW
Są branże, w których analiza, fakty i dane to składniki, bez których organizacje nie przeżyją. Produkcja jest jedną z nich. Na hali doradza się w oparciu o coś, co fizycznie istnieje: maszyny, przepływy materiału, ludzi pracujących w takcie. Tu nie da się „skonsultować" używając tylko buzzwords, bo proces natychmiast weryfikuje każdą tezę. Jeżeli doradzasz fabryce, nie musisz być inżynierem z tytułu. To, co musisz, to myśleć jak inżynier. A to w praktyce oznacza jedno: musisz władać trzema językami procesu.
05 TEST TRZECH JĘZYKÓW PROCESU
Przez lata wypracowałem sobie prosty test, którym sam się mierzę przy każdym projekcie. Konsultant od produkcji musi umieć zrobić z procesem klienta trzy rzeczy.
Po pierwsze: słowa. Opis od surowca do gotowego produktu, operacja po operacji, z granicami odpowiedzialności i punktami decyzyjnymi. Czy to podejście inżynieryjne? Zaiste, jest. I tego nie da się pominąć, bo to oparcie na metodzie, która pozwala na patrzenie przez pryzmat software'u, który włączasz w swojej głowie, kiedy pierwszy raz widzisz proces. Musisz go dobrze zobaczyć. Każdą operację cięcia, gięcia, montażu, spawania, szlifowania, kontroli, testowania, pakowania. Musisz wiedzieć, czuć to — kto, co, po czym i dlaczego? Jeżeli ktoś nie potrafi opowiedzieć procesu prostymi zdaniami, to znaczy, że go nie rozumie — a jedynie o nim słyszał.
Po drugie: narysować go. Mapa strumienia wartości, przepływ, layout — forma jest wtórna, ale rysunek jest bezlitosny. Na slajdzie można ukryć niewiedzę za ładnym frameworkiem; na mapie procesu nie da się ukryć niczego. Albo wiesz, gdzie stoi bufor i dlaczego, albo nie wiesz. Rysunek to moment, w którym kierownik produkcji zaczyna kiwać głową — bo widzi swoją halę, nie szablon z internetu.
Po trzecie: udowodnić go liczbami. I to jest język, który ostatecznie oddziela doradców od prezenterów. Przykład z typowej linii ośmiu stacji: takt wynikający z zapotrzebowania to 118 sekund, a najwolniejsza operacja — spawanie — potrzebuje 181 sekund. To znaczy, że linia płynie w tempie wąskiego gardła i na każdej sztuce traci 63 sekundy. Z celu 480 sztuk dziennie wychodzi 380. Do tego Pareto przestojów: dwie pierwsze kategorie — mikroprzestoje i przezbrojenia — odpowiadają za blisko dwie trzecie strat. W tym momencie rozmowa przestaje być dyskusją o opiniach, a zaczyna być rozmową o faktach. Liczby nie mają charyzmy, ale mają rację.
06 DORADCA? WOLĘ EKSPERT
Na pewno każdy inżynier i każdy konsultant powinien mieć fun z tego, co robi, bo inaczej nie wyobrażam sobie tej pracy. Wiemy natomiast, jak jest. Co często robi lub czego nie robi inżynier w dzisiejszych korpo firmach. Dlatego łatwiej jest mieć fun z bycia doradcą :). Właśnie — czy doradca to dobra nazwa tej roli? Nie porywa mnie. Wolę ekspert. Brzmi poważniej i oddaje powagę tematu.
07 MASZ JUŻ KONSULTANTA NA ETACIE?
I tu dochodzimy do wniosku, który może się nie spodobać. Wiele firm płaci zewnętrznym konsultantom za coś, co mogłyby dostać od własnych inżynierów. Warunek? Trzeba by im oddać to, co się im na wstępie zabrało: samodzielność, prawo do postawienia diagnozy, czas na zrozumienie problemu zamiast gonienia zadań. Inżynier, który dostaje problem, a nie zadanie, zaczyna zachowywać się jak konsultant. Zaczyna pytać, rysować, liczyć.
Więc zanim zatrudnisz konsultanta, zadaj sobie pytanie: czy ja przypadkiem nie mam go już na etacie? Być może siedzi trzy biurka dalej i czeka, aż ktoś wreszcie pozwoli mu działać. A konsultant z zewnątrz? Zostaje tam, gdzie potrzeba świeżego oka i wzorców z innych fabryk. Czyli wcale nie znika. Zmienia się tylko proporcja.